Rysunek, który staje się przestrzenią, i Paryż z amerykańskich snów. O pracy nad scenografią do prapremierowego baletu Krzysztofa Pastora „Amerykanin w Paryżu”, inspiracjach filmem i muzyką George’a Gershwina oraz atmosferze w bydgoskiej Operze Nova rozmawiamy ze scenografką Natalią Kitamikado.
Balet „Amerykanin w Paryżu” w Opery Nova ma scenografię jak z rysunku.
To inspiracja filmem „Amerykanin w Paryżu” i francuską tradycją rysunku. Film po raz pierwszy obejrzałam jako nastolatka, gdy mój tata przyniósł któregoś dnia DVD. Wówczas, jako fanka całego kanonu amerykańskiej kinematografii z Genem Kellym, w tym kultowej „Deszczowej piosenki”, byłam zachwycona również „Amerykaninem w Paryżu”. W tym filmowym musicalu jest bardzo dużo przenikania się świata rysunkowego ze światem realnym – i to jest coś, co mnie zafascynowało. Oczywiście w kinie, dzięki montażowi, jeden świat może płynnie przechodzić w drugi, natomiast na scenie mamy możliwość dosłownie wprowadzić tancerzy w rysunkowy świat i sprawić, by go ożywiali.
Fot. Simona Skrebutėnaitė
Jak przygotowuje się taką scenografię, jak ta do bydgoskiej prapremiery?
Na początku były rozmowy z choreografem, budowanie makiet i testowanie pomysłów. Potem finalizacja projektu, przy którym pomagała mi asystentka, Julia Grabowska. Następnie przeszliśmy z kierownikiem produkcji, czyli Jarkiem Guździołem do fazy realizacji: omawianie konstrukcji i dobór materiałów ze specjalistami w warsztatach Opery, w tym ze stolarzem i konstruktorem, Tomaszem Krumrichem. Początkowo chciałam, aby wykończenie plastyczne scenografii do „Amerykanina w Paryżu” było w całości wykonane ręcznie – rysowana i malowana na materiale. Niestety, czas trochę nas ograniczył, do tego jest dziś niewielu fachowców, którzy zajmują się ręcznym malowaniem wielkoformatowych powierzchni, jak chociażby horyzont Paryża o wymiarach 11 na 18 metrów. Dlatego sięgnęliśmy po technologię druku- zrobiłam rysunki ręcznie na tablecie, następnie grafik Damian Szczepański ze studia Scherzo przygotował je pod druk. Bardzo dobrze współpracowało mi się z bydgoską drukarnią, która miała już doświadczenie przy tego typu realizacjach i wiedziała, jaki materiał dobrać, by dobrze pracował w scenicznym świetle. Tapicer Opery Nova, Darek Izdebski, naciągnął materiały na konstrukcje, szył horyzont – było to niemałe wyzwanie techniczne, aby wszystko idealnie spasować, bez widocznych łączeń. Z kolei operowi plastycy: Arleta Kopczyńska, Adam Strzałkowski, Ania Drozdowska-Peczka i Jan Skolimowski malowali pozostałe elementy dekoracji jak drzewa, pokoiki i rekwizyty, tak aby całość połączyła się stylistycznie. To praca wieloetapowa i wymagająca zaangażowania całego zespołu.
Z ciekawostek - uważny widz dostrzeże na narożnym budynku szyld „Harry’s New York Bar” – tak nazywa się lokal (który istnieje do dziś!), w którym George Gershwin grywał podczas wizyt w Paryżu. To taki drobny ukłon w stronę kompozytora. Elementami scenografii są także latarnie i lampki – w końcu Paryż jako Miasto Świateł zobowiązuje również na scenie.
Fot. Simona Skrebutėnaitė
To nie pierwsza Pani realizacja scenograficzna do muzyki Gershwina.
Tak, w zeszłym sezonie artystycznym w Gärtnerplatztheater w Monachium przygotowywałam scenografię do baletu „Farewell in Paris” Jeroena Verbruggena do utworu „Amerykanin w Paryżu” Gershwina i suity z baletu „Billy the Kid” Coplanda. To jednak projekt zupełnie inny – bardziej abstrakcyjny – nie był to tzw. story ballet, jak w naszym przypadku teraz tutaj, w Bydgoszczy. Choć i tam pojawił się rysunek, który dla mnie jest podstawowym skojarzeniem z tym utworem, zrobiliśmy fontannę z giętych metalowych rurek, tworzących coś na kształt rysunku w przestrzeni.
Jednak przy tej realizacji „Amerykanina…” kluczowe było dla mnie to, że jest to historia chłopaka ze Stanów Zjednoczonych. Muzyka i scenariusz filmu zostały napisane przez Amerykanów, więc jest to ich wizja Paryża – nieco cukierkowa, wyidealizowana. Ale przecież wszyscy trochę tak mamy- nasze wspomnienia, a tym bardziej wyobrażenia są podkoloryzowane i z prawdziwym życiem niewiele mają wspólnego. Paryż, jak każde miasto, ma swoje jasne i ciemne strony.
Fot. Simona Skrebutėnaitė
Paryż poznała Pani także od środka, studiując w École Nationale Supérieure des Arts Décoratifs.
Przez pół roku mieszkałam i studiowałam w Paryżu w ramach programu Erasmus na wydziale Design Objet. Wcześniej skończyłam liceum dwujęzyczne z francuskim, a kultura frankofońska zawsze mnie pociągała. Studia były momentem, w którym moje nastoletnie wyobrażenia zderzyły się z rzeczywistością, dużo się wtedy nauczyłam. To miasto ma jednak w sobie coś niezwykłego – nawet gdy jest trudno, spacer uliczkami nad Sekwaną sprawia, że robi się lżej.
Sztuki scenograficznej uczyła się Pani u Borisa Kudlički. Co jest dla Pani najważniejsze w tworzeniu scenografii baletowej?
„Amerykanin w Paryżu” Krzysztofa Pastora to moja trzecia realizacja baletowa. Jako scenografka dopiero wkraczam w świat baletu, bo wcześniej pracowałam głównie przy spektaklach operowych, musicalowych i w teatrze dramatycznym. W balecie scenografia rządzi się swoimi prawami, potrzebuje dużo oddechu, często bazuje na płaskich elementach. Ale mam wrażenie, że to też się zmienia – balet poszukuje nowego języka estetycznego i przestrzennego. Scenografia na pewno nie może przeszkadzać - ruch jest na pierwszym miejscu. Jednocześnie balet pozwala na dużą umowność, co jest bardzo uwalniające. Zawsze jednak dla mnie kluczowe jest opowiedzenie historii – stworzenie przestrzeni, która pozwoli ją czytelnie i emocjonalnie przekazać widzom i podbijać narrację.
Tańczyłam od dziecka, zahaczając też o taniec klasyczny, więc język tańca jest mi bardzo bliski. Może też dlatego, że tak jak muzyka, taniec jest językiem uniwersalnym, zrozumiałym dla każdego, operuje emocjami wspólnymi dla wszystkich ludzi. A jest to dla mnie, osoby wychowanej w bikulturowym domu, gdzie komunikacja przebiegała często w kilku językach, szczególnie ważne. Ta prostota komunikacji mnie bardzo porusza.
Fot. Simona Skrebutėnaitė
Prapremiera „Amerykanina w Paryżu” to Pani pierwsza współpraca z Krzysztofem Pastorem?
Tak i jest to dla mnie zaszczyt. Krzysztof Pastor pracuje z ogromną uważnością, wrażliwością i spokojem. Ma pełną kontrolę nad całością, wie, czego chce, a jednocześnie jest otwarty na sugestie. Wydobywa z tancerzy to, co najlepsze, i dobrze dobiera ich do ról. To współpraca na najwyższym poziomie. Przy tym Krzysztof ma w sobie dużo pokory - nie zakłada z góry pewników, cały czas zadaje pytania, podważa wybory, poszukuje. Myślę, że to cecha prawdziwych artystów. Dzięki temu proces twórczy jest żywy, plastyczny i daje nam, współtwórcom szansę dążenia do najlepszych rezultatów.
Jak czuje się Pani w Operze Nova i w Bydgoszczy?
Bardzo dobrze! Nigdy wcześniej nie byłam w Bydgoszczy, więc dopiero odkrywam to miasto. Ma ono w sobie coś z Paryża - zachwyciły mnie piękne kamienice, zwłaszcza przy ulicy Cieszkowskiego. W bydgoskiej Operze panuje bardzo rodzinna atmosfera. Macie tu wspaniały zespół techniczny, nad którym czuwa Pan Jarosław Jeziorski. Panowie montażyści pod kierownictwem Jarosława Gamszeja i Jarka Żmijewskiego są czujni, doskonale znają materię teatralną. Od razu widzą mankamenty i szybko reagują, szukają najlepszych rozwiązań, to dla mnie bardzo wspierające. Także w pracowniach Opery spotkałam utalentowanych profesjonalistów, w każdej ze swoich dziedzin. Praca tutaj to czysta przyjemność!
Ten spektakl oferuje Widzom…?
… przyjemność! Porównałabym go do pysznego i pięknego ciasteczka z najlepszej cukierni. Do tego muzyka Gershwina, którą trudno się nie zachwycić. Melodie, które wszyscy znamy, które niosą wspomnienia i emocje, a jednocześnie złożona warstwa muzyczna, która zaspokoi melomanów. „Amerykanin w Paryżu” to spektakl idealny na randkę, na wyjście dla przyjemności, odpoczynku od rzeczywistości, chwila zapomnienia, sentymentu i miłego doświadczenia.
Rozmawiała Justyna Tota, Opera Nova w Bydgoszczy